środa, 4 lutego 2015

Co można zrobić z robaka...

Jedwabniki mają się tu dobrze. Nie doskwiera im głód, ani mrówki, ani woda. Do czasu... Grupa młodych dziewczyn uczy się jak zapewnić im idealne warunki, żeby mogły owinąć się w kokony, pełne cennej jedwabnej nici. Nstępnie bezceremonialnie się je gotuje, "rozbiera" z kokonów, a same poczwarki po odpowiednim doprawieniu sprzedaje się na w charakterze przekąski.

Kolejna ekipa nawija na szpule jedwabny sznurek i wstępnie farbuje (np. papryką chili lub nasionami z liczi). I tu zaczyna się praca artystyczna. Dziewczyny przewiązują sznurkiem nici w określonych miejscach, aby po zafarbowaniu pozostał na nich wzór, jeśli jest on skomplikowany muszą robić to kilkukrotnie. Z tak zafarbowanej nitki powabne, ups... tzn. jedwabne  prząśniczki tkają materiał na szale, poduszki, sukienki, koszule i swoją lepszą przyszłość.

Ale cóż, nie dla nas kwitnie ananas. Z przędzalni jedwabiu wychodzimy w starych, bawełnianych koszulkach.

http://m.youtube.com/watch?v=CTQUWjrml-U :-)

Kambodżański pan szlaban

Na granicy dumnie stoi szlaban. Za nic mają sobie jego dumę krowy, które w przeciwieństwie do turystów nie musiały kupować wizy więc przechodzą na drugą stronę. Turysta za to przystaje w zadumie, próbując zrozumieć dlaczego oficjalna stawka za wizę tak różni się od rzeczywistej. Potem tymczasowy pan szlabanu zagląda do jego paszportu, jeśli pan z okienka nie wstawił pieczątki przy wizie (ot tak, przez przypadek) turysta musi dopłacić. Takie życie. Teraz można już spokojnie przekroczyć szlaban, no oczywiście jeśli krowy nie zablokują przejścia.

sobota, 31 stycznia 2015

Koniec słodkiego lenistwa

No dobra, słodkie lenistwo też może się znudzić. Szczególnie jeśli wokół Ciebie wielkie wodospady, niezliczone wyspy i rzeczne delfiny. Pozostaliśmy głusi nawet na hamakowe podszepty " zostań ze mną" i ruszyliśmy wgłąb wyspy, wyprawę zaczynając oczywiście od spałaszowania dwóch młodziutkich kokosów.

Jak zwykle nasza mała eskapada nie była specjalnie zaplanowana, dotarliśmy gdzie nas laoskie rowerki poniosły. Była więc i wielka, piaszczysta plaża nad rzeką i rozległy wodospad, w którym należało kąpać się ostrożnie by nie wpaść w sieci lokalnego rybaka. Jednak klue programu były delfiny, które próbowaliśmy złapać w kadr obiektywu  z małej łódki. Całe szczęście, że nie mamy aparatu na kliszę...

Ps.Kto znajdzie delfina na fotce, ma ekstra pocztówkę:-)

czwartek, 29 stycznia 2015

Chaos w Laosie, Laos w Chaosie:-)

Kameralne buddyjskie świątynie, mnisi na każdym zakręcie drogi i gongi wybijające o czwartej godzinie sygnał, że już czas rozpocząć modlitwy, a do tego majestatyczny zachód słońca nad Mekongiem, bajecznie wodospady i kobry pływające w leczniczej nalewce ( nie starczyło nam odwagi by spróbować:-)

Luang Prabang kojarzy nam się dwojako. Z jednej strony z przyjemnością taplania się w wodzie pobliskiego wodospadu, zajadania się kokosami, laoskim bufetem, prowadzenia nocnych rozmów z poznanymi na łodzi Chilijkami. Z drugiej zaś ze smutnym chłopcem, którego rodzice mieszkający na wsi oddali do buddyjskiego zakonu, by zapewnić mu lepszą przyszłość, młodymi dziewczynami, które za swoje ręcznie tkane i wyszywane szale, obrusy, poduszki otrzymywały po kilka euro od zblazowanych turystów z Zachodu.

Może właśnie takie egzystencjonalne rozterki sprawiły, że zostawiliśmy na sznurku świeżo wyprane ubrania i ...wyjechaliśmy. Niech służą!

To czego było nam trzeba (Don Khong).

Hamak z widokiem na laoski Mekong i buddyjską świątynię, przyjemny wiaterek i...cisza przerywana co jakiś czasem odgłosem spadającego kokosa, albo dzieciaków bawiących się na jednej z 4000 wysp położonych na rzece. A do tego bagietki z makrelą ( jak my dawno nie jedliśmy chleba). Nie ruszamy się stąd, no chyba że...

Kto tu przed kim ma pierwszeństwo?

Na tajskich i laoskich drogach ruch teoretycznie odbywa się po jednej ze stron (w Tajlandii lewej, w Laosie prawej). W praktyce jednak wszyscy ( łącznie z kierowcami samochodów policyjnych) jeżdżą tą stroną, którą jest szybciej, wygodniej, albo po prostu tą " którą się da".

Znaki i światła nie są tu traktowane zbyt rygorystycznie i oczywiście nie dotyczą rowerów , skuterów i tuk-tuków. Za to pieszy może pożegnać się z wszelkimi prawami, jest w końcu najsłabszym ogniwem tego drogowego zamętu. W nagrodę czekając przed przejściem, nieraz dobre kilka(naście) minut zanim wszyscy przejadą ma okazję wykazać się pokorą i cierpliwością:-) My też powoli uczymy się tego swoistego kodeksu drogowego, niemal codziennie zdając z niego egzamin:-)

A w tych naszych zmaganiach prócz zwyczajnych samochodów, rowerów i skuterów (mieszczących często cała tajska, czy laoską rodzinkę, łącznie z pieskiem) towarzyszą nam:

Tuk-tuki- zwane tak zapewne od odgłosu który wydają poruszając się po zatłoczonych ulicach. Ze względu na swoją egzotyczność, "przewiewność" i możliwość wciśnięcia się pomiędzy inne pojazdy uwielbiane przez ludzi z zachodnich krajów.

Autobusy sypialne- całkiem sprytne rozwiązanie, szczególnie jeśli jedziesz z Luang Prabang do Vientian (380km- 12h przez góry), lub też dalej na południe. Wygodna sprawa, jedynie rozmiar łóżek jest ewidentnie azjatycki :-)

Ze środków transportu wodnego oprócz wspomnianego slowboata, znaleźliśmy tu jeszcze zapchane ludźmi i torbami "łódki ile się zmieści!" i oczywiście tak atrakcyjne dla turystów bambusowe tratwy, z których przemoczony człowiek wcale nie ma ochoty schodzić.

A do jeszcze te słonie, ale to już zupełnie inna sprawa:-)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Księżyc nad Mekongiem ma kształt miski

Woda w leniwym Mekongu jest brunatna, pewnie dlatego by ukryć swoją mroczną głębię pełną waranów, ryb-gigantów i innych stworów. Równie tajemnicze jest jego otoczenie: wysokie palmy, splątane liany, dżungla pełna laotańskich robaków i jedynie gdzieniegdzie ujarzmiony przez człowieka kawałek ziemii.

Tak zwaną powolną łódką płynęliśmy Mekongiem dwa dni. Było warto nie tylko ze względu na przyjemny, chłodniejszy klimat i niezapomniane widoki po drodze (aż ręce cierpły od trzymania aparatu), ale też możliwość poznania ludzi z całego świata, którymi również w tym czasie zawładnął urok Mekongu.

Wszystko to ostatecznie jednak blaknie, wobec odkrycia, którego dokonaliśmy wysiadając z łodzi w Luang Prabang. Otóż księżyc nad Mekongiem ma kształt miski:-)