poniedziałek, 16 lutego 2015

Kiedy świat wygląda inaczej...

Wschody i zachody słońca mają w sobie coś z magii. Z wiadomych przyczyn (błogie śnienie) tych pierwszych widzieliśmy niewiele, ewentualnie wpatrując się zaspanymi oczami w okna autobusów. Co prawda udało się nam zobaczyć wschód na Angkor Wat, ale wrodzona dysklikia nie pozwala nam... otworzyć zdjęć ze nowej karty pamięci.

Za to zachody podziwiamy prawie codzienie, za nic sobie mając zgraję  komarów, czyhających złowrogo, by nam upuścić krwi. Piękna sprawa, choć wiadomo, że ten najpiękniejszy będzie zawsze...nad Polską:-)

niedziela, 15 lutego 2015

Gdzie pieprz rośnie?!

W Kampocie! Co więcej rośnie tu czarny, czerwony i biały, a nawet tzw. "długi pieprz", który bardziej przypomina maleńką kiść winogron. Jak już sobie taki pieprz urośnie, wtedy kilka dni wyleguje się na wielkich płachtach na słońcu, a potem już zapakowany podróżuje w stronę Europy:-) Albo i dalej...

Oprócz pieprzu jest tu i rezerwat przyrodniczy Bokor Hill. Może kiedyś tam dotrzemy, bo jak mawiają "do trzech razy sztuka". Póki co jednak wynik rozgrywki my kontra Bokor to 0:2. I nic nie wskazuje, by miał się kiedyś zmienić.

Za pierwszym razem przegraliśmy z Bokorem i z panem sprzedającym bilety, który łamanym angielskim powiedział nam, że na szczyt mamy 3km (w rzeczywistości 33). Na rezerwie paliwa przejechaliśmy jakieś 15km, powrót zaliczyliśmy " na luzie". Ale za to załapaliśmy się na obiad z khmerskimi urzędnikami:-) 

Za drugim było tylko gorzej. Niby bak pełny, niby długie rękawy (temperatura u podnóża jakieś 30°C), ale... przemarzliśmy do szpiku kości, a na szczycie zabrakło nam paliwa. Co do widoków na górze, pamiętamy tylko torebkę zielonej herbaty pływającą w naszych filżankach w hotelu Resident, w którym (co nie jest tak znowu oczywiste) był prąd. Zaraz po jej wypiciu postanowiliśmy odpuścić sobie zwiedzanie i wróciliśmy do domu, oczywiście "na luzie";)

środa, 11 lutego 2015

Trzeba jechać dalej!

Wyjeżdżasz sobie spokojnie na drogę, a tu agresywny, zaparkowany samochód naciera na Ciebie, żeby poharatać Ci palec u nogi i na kilka dni pozbawić możliwości kąpieli w oceanie (Ja).

Albo znowu zgraja małp goni za Tobą żeby wydrzeć Ci z rowerowego koszyka te kilka bananów, których udało Ci się nie zjeść. A Ty pędzisz na łeb na szyję rowerem bez łańcucha (Mścichu).

To Kep to jednak dziwne miejsce:-P

Czy to wszystko jest jadalne?:-)

Ryż, makaron ryżowy,  zupa z ryżem, smażony makaron ryżowy, mango z ryżem, trzcina z ryżem... dość!

W Kep można wydobyć się z tego zaklętego kręgu. Bo tu zajada się głównie owoce...morza (a właściwie oceanu) oczywiście: kraby, krewetki, ośmiornice, ogromne płaszczki czy też inne dziwaczne stwory. Pozostaje tylko pytanie czy wolisz świeże, prosto z wody, czy gotowane, grillowane, marynowane, suszone, wędzone, czy też... sproszkowane. I czy popijasz mleczkiem kokosowym, czy sokiem wyciśniętym z trzciny.

Jedno jest pewne- ciekawscy (jak my) przychodząc na "krabowy targ" nie będą w stanie zmieścić się w planowanym dziennym budżecie:-) 

Ps. Niestety w hotelowym pokoju jedzenie krabów jest zakazane...

piątek, 6 lutego 2015

Kto jeszcze nie był w Angkor Wat?

W czasie świetności Angkor był milionowym miastem. Nie jest trudno to sobie wyobrazić, patrząc na tłumy oblegające ten największy na świecie kompleks świątyń.

Oczywiście motywy przyjazdu są różne, bo np. większość azjatyckich turystów zabiera ze sobą tuziny aparatów, by zaliczyć rekord w ilości selfie pstrykniętych na tle Angkoru. Europejczycy z kolei bez przerwy gadają, w chaosie języków trudno jednak stwierdzić o czym, czy są to wywody na temat historii i architektury świątyń czy raczej narzekanie na stan sanitariatów. Lokalni próbują coś sprzedać.

Świątynie zadeptane stopami tłumu turystów, prześwietlone błyskami tysięcy fleszy, wytrzymały setki tyłków usadowionych na balustradach... i nadal stoją wprawiając w osłupienie kolejne pokolenia. Na geniusz XI i XII-wiecznych, khmerskich konstruktorów człowiek nie ma mocy, za to dżungla zawsze może dorzucić swoje trzy grosze.

Ps. Małpy też są fajne, tylko kradną banany:-)

środa, 4 lutego 2015

Co można zrobić z robaka...

Jedwabniki mają się tu dobrze. Nie doskwiera im głód, ani mrówki, ani woda. Do czasu... Grupa młodych dziewczyn uczy się jak zapewnić im idealne warunki, żeby mogły owinąć się w kokony, pełne cennej jedwabnej nici. Nstępnie bezceremonialnie się je gotuje, "rozbiera" z kokonów, a same poczwarki po odpowiednim doprawieniu sprzedaje się na w charakterze przekąski.

Kolejna ekipa nawija na szpule jedwabny sznurek i wstępnie farbuje (np. papryką chili lub nasionami z liczi). I tu zaczyna się praca artystyczna. Dziewczyny przewiązują sznurkiem nici w określonych miejscach, aby po zafarbowaniu pozostał na nich wzór, jeśli jest on skomplikowany muszą robić to kilkukrotnie. Z tak zafarbowanej nitki powabne, ups... tzn. jedwabne  prząśniczki tkają materiał na szale, poduszki, sukienki, koszule i swoją lepszą przyszłość.

Ale cóż, nie dla nas kwitnie ananas. Z przędzalni jedwabiu wychodzimy w starych, bawełnianych koszulkach.

http://m.youtube.com/watch?v=CTQUWjrml-U :-)

Kambodżański pan szlaban

Na granicy dumnie stoi szlaban. Za nic mają sobie jego dumę krowy, które w przeciwieństwie do turystów nie musiały kupować wizy więc przechodzą na drugą stronę. Turysta za to przystaje w zadumie, próbując zrozumieć dlaczego oficjalna stawka za wizę tak różni się od rzeczywistej. Potem tymczasowy pan szlabanu zagląda do jego paszportu, jeśli pan z okienka nie wstawił pieczątki przy wizie (ot tak, przez przypadek) turysta musi dopłacić. Takie życie. Teraz można już spokojnie przekroczyć szlaban, no oczywiście jeśli krowy nie zablokują przejścia.