Ribe to najstarsze duńskie miasteczko, jednak o zupełnie innym charakterze niż równie wiekowe miasta w Polsce. Wszystko tu wydaje się być wręcz miniaturowe, oprócz ogromnej katedry położonej w sercu Ribe. Otaczają ją bardzo stare, niektóre nawet XVI wieczne domy, lub maleńkie kamieniczki. A do tego stary młyn, mosty i zatoczki. I Podobno wieczorami spod katedry wychodzą tu nocni stróże, którzy swoim śpiewem usypiają mieszkańców, pilnując jednocześnie aby noc była spokojna:-)
czwartek, 18 grudnia 2014
piątek, 5 grudnia 2014
W głąb Londø:-)
Lundø to takie miejsce, w którym każdy kogoś spotyka. Woda spotyka wodę, niby tę samą a zdążającą w przeciwnym kierunku; fiord wita się z wiatrakami, a ławeczka na wysokich nogach przypatruje się zachodzącemu słońcu.
Podczas pierwszego spotkania z Lundø odwiedziliśmy maleńki kościółek położony w centrum wioski, przeszliśmy się na molo, a z wysuniętego w głąb fiordu kawałka lądu (Lundø:-) przyglądaliśmy się klifom położonym po drugiej stronie fiordu. I znów spotykaliśmy...siebie:-)
Na drugą wizytę zabraliśmy ze sobą Valerię, z którą zajadaliśmy dziką różę i urządzaliśmy sobie polowanie na podłużne muszelki, w kształcie pudełek na cygara lub biżuterię. Kogo/ co spotkała?
piątek, 14 listopada 2014
Owce na wrzosowisku
Zdziwionym wzrokiem witają nas owce... Co tu robią te dziwaczne stworzenia w brudnej białej beczce? Chcieliśmy odpowiedzieć w ich języku (Bee...), ale nie rozumiały (często mamy tak z Duńczykami) nadal wlepiając w nas tysiące par wielkich oczu. Cóż...próby dogadania się z gospodarzami parku spełzły na niczym...Całe szczęście dalsza część jesiennej wyprawy przebiegła bezproblemowo:-)
Kongenshus Mindepark to jedno z ogromnych duńskich wrzosowisk, a jednocześnie park pamięci (dziesiątki tablic z nazwiskami) poświęcony ludziom, którzy starali się uczynić z nich pola uprawne. Podczas spaceru wyznaczonymi ścieżkami można natknąć się także na trzy dość wysokie kurhany, z których rozpościera się piękny widok na okoliczne wrzosowe pagórki. Aby nabrać odrobiny dystansu, można też przyjrzeć się okolicy z wieży widokowej. Jednak aby naprawdę poczuć klimat tego miejsca trzeba zapalić ognisko (oczywiście w wyznaczonym do tego miejscu) i przespać się w zbudowanych nieopodal szałasach. Chyba, że przeszkadza Wam beczenie owiec o poranku....
niedziela, 2 listopada 2014
Lemury na łodzi Wikingów:-)
Dokonywanie wyborów prawie zawsze przychodziło mi z trudnością (do wyjątków należy mąż, mieszkanie i suknia ślubna:-) tak więc wybór miejsc do których zabierzemy rodziców, będących u nas zaledwie kilka dni nie należał do łatwych.
Postawiliśmy na zwierzaki w Givskud safari ZOO oraz figury z piasku i piękna starówkę Ringkobing.
Co do zwierzaków- wygląda na to, że chemię poczuły do nas kozy i lemury, cóż ...może jednak nie warto poddawać tego głębszej interpretacji:-) W każdym razie pozostałe stwory albo warczały groźnie, albo zupełnie nas olewały. Taka karma.
W Ringkobing z kolei podobało nam się wszystko: deszczowa przechadzka po starówce, rzeźby z piasku ( w tym roku z tematem przewodnim: Wikingowie) i moczenie nóg w zimnym Morzu Północnym.
" Profesjonalnie trzyma te ryby, ehe " - przyznał mój małżonek ze znawstwem, widząc rzeźbę rybaka nad zatoką:-)
Słońce nad Ulbjerg Klint
Duńczycy uwielbiają rozmowy o pogodzie, zachwycając się każdym promieniem słońca, którego mają tu tak niewiele. W tym roku jednak zarówno lato, jak i jesień szczodrze obdarowało ciepłem tę wciąż wilgotną ziemię.
My jednak od początku uzbrojeni w nieprzemakalne kurtki, buty i ciepłe bluzy oczekiwaliśmy tej osławionej, deszczowej duńskiej pogody, starając się wykorzystać każdy słoneczny dzień, bo przecież już wkrótce....
Jednego z ostatnich letnich dni wybraliśmy się do miejscowości Ulbjerg, którą widzieliśmy na zdjęciu w lokalnym folderze promującym region. Okolica zrobiła na nas ogromne wrażenie. Potężny klif w którego piaskach zamieszkują jaskółki, morska woda wcinająca się, jakby przypadkowo w zaułki lądu i...cisza, której próżno szukać latem w nadmorskich miejscowościach w Polsce.
Jako, że prawie natychmiast umieściliśmy to miejsce na liście faworytów, zabraliśmy tam też rodziców, którzy przyjechali do nas zabierając ze sobą bagaż maminych obiadków przyprawionych czułością. W drogę powrotną wyprawiliśmy Ich za to z torbą pełną wrażeń i...muszelek z Ulbjerg Klint.
sobota, 11 października 2014
Gdzie mieszkają trole?
Jeśli ktoś nie wierzy, że trole żyją w Danii ( bo co do ich istnienia w ogóle chyba nikt nie ma wątpliwości:-) musi odwiedzić okolice Dollerup Baker. Tu każdy korzeń wygląda jak domek trolowej rodzinki. Podejrzewam nawet, że to one wbrew kiepskiemu PRowi dbają o to by jezioro było czyste jak łza, a nocą malują wzgórza wrzosową farbą:-)
Dollerup jest jednym z historycznych miejsc w Danii. Tu przybywają też żądne odkryć ekipy z wykrywaczami metali.
Wycieczkę po okolicy zaczynamy od wsi Dollerup, po drodze odwiedzając uroczy kościółek, który jest niestety zamknięty. Po krótkim spacerku docieramy do wzgórza Dollerup Bakker, gdzie radość z pięknego widoku postanowiliśmy uczcić jak zwykle- zajadając zakupione w kawiarence rzekome smakołyki. Skończyło się na uciechach duchowych i postanowieniu, że następnym razem bierzemy jedzenie ze sobą (gofry podgrzewane w mikrofalówce niespecjalnie nam posmakowały).
Kilka kilometrów dalej (a kilkanaście jeśli człowiek niezbyt pilnie przyjrzy się mapce, urok drogi potrafi jednak doskonale zrekompensować wszelkie pomyłki) znajduje się coś na kształt dużego dworu z fontanną, własną przystanią dla łódek i domkami dla służby. Z analizy niezrozumiałych dla nas duńskich tabliczek informacyjnych wywnioskowaliśmy, że obecnie jest to tzw. Dom Artysty.
Najważniejszym pod względem historycznym miejscem w okolicy są natomiast pozostałości średniowiecznego zamku Bispens Hald.
Naprawdę działają na wyobraźnię:-) Podobnie jak ustawione wzdłuż drogi do Hald Ege (skąd wyjeżdżał nasz autobus) słupy, z których niektóre miały około 300 lat.
Wieczorem wróciliśmy do naszego baraku zastanawiając się, czy również w nim nie mieszka jakiś trol- ale złośliwy, który wciąż robi nam w środku bałagan:-)
piątek, 3 października 2014
Vi bor i Viborg:-)
Viborg troche wymyka się prostym skojarzeniom dotyczącym małego miasta. Ta 37 tysięczna miejscowość ma wszelkie zalety dużego ośrodka: piękne stare miasto, teatr, ośrodki rozrywki, galerie handlowe. A do tego dwa duże i bardzo czyste jeziora, wielką katedrę, kilka ładnych parków.
Viborg poznajemy wciąż na nowo i wydaje się, że wciąż wiele jeszcze pozostaje do odkrycia. Pierwsze zwiedzanie rozpoczęliśmy jednak od kościołów, a przede wszystkim od katedry. Piękny budynek, z wielką historia, z mnóstwem starych rzeźb, z ogromnym, starym świecznikiem, ale zupełnie bez ducha, bez wspólnoty, bez wiernych. To trochę smutne, ale mieliśmy wrażenie, że w tym miejscu wszystko jest dla ludzi, a zabrakło w nim miejsca dla Boga.
Centralne uliczki Viborga przystrojone są duńskimi flagami, które wiszą też przy wszystkich ważniejszych, czy też zabytkowych budynkach w całej ( jak nam się póki co wydaje) Jutlandii, a także przy większości domów prywatnych. Duńczycy naprawdę kochają swoją kraj i lubią podkreślać swoją do niego przynależność.
Poczucie tożsamości narodowej wiąże się też z przywiązaniem do tego co łączy teraźniejszość z przeszłością. Niektóre domy, ale też i maleńkie domki stojące w centrum miasta mają ponad 300, a czasem prawie 400 lat i co najciekawsze, niektóre z nich nadal mają oryginalne drzwi wraz z okuciami, bramy, a z pomiędzy kocich łbów wyrastają zasadzone przez prababcię malwy.
I choć wiemy, że tóż za rogiem stoi wielki market, po jeziorze pływają łodzie motorowe, a barak w którym mieszkamy jest klimatyzowany czasem czujemy się jak w hrabalowym " Miasteczku, w którym czas się zatrzymał":-)