poniedziałek, 19 stycznia 2015

Konduktorze w amoku, byle dalej od Bangkoku!

Po dusznym i zatłoczonym Bangkoku miło było trafić do miejsca, w którym powietrze ma większą zawartość tlenu, niż wyziewów pad thai, a zamiast muzyki można usłyszeć - mimo wszystko - skrzekliwe ptaszyska. Aż dziwne, że ich wrzask nie przeszkadza pływającemu w pobliskiej rzece waranowi.

W Ayutthaya posążków Buddy i różnych hinduistycznych bożków jest z pewnością więcej niż ludzi. Na każdym kroku spotykasz tu bowiem misternie rzeźbione świątynie, ogromne pagody i przydomowe kapliczki z niezliczoną ilością figurek, którym Tajowie oddają cześć.  No i są ruiny pałacu królewskiego, zniszczonego niegdyś przez Birmańczyków.

Rozmach z jakim zaplanowano budowę pałacu, do dziś robi ogromne wrażenie, choć na pewno mniejsze niż w czasach świetności miasta. Można sobie tyko wyobrazić, że posłowie innych królestw przybywając na dwór króla Tajów w Ayutthaya mieli o czym opowiadać swoim panom.

Za to dziś będąc na pływającym bazarze (podczas, którego pyszności sprzedaje się prosto z łodzi) można karmić ryby...
z butelki:-)

czwartek, 15 stycznia 2015

Bangkok od kuchni:-)

Bangkok można poznawać różnymi zmysłami: można podziwiać świątynie, wsłuchiwać się w rytmiczne stukanie tuk-tuków, można wdychać zapachy kadzidełek, przypraw i spalin, można też...jeść. Nie trudno zgadnąć, że wybraliśmy tę ostatnią drogę i jako ludzie z zasadami będziemy się jej trzymać do końca podróży:-)

Najpyszniejsza z poznanych przez nas części Bangkoku jest chińska dzielnica, choć i niektóre ze specjałów serwowanych na Khao San potrafiły wywołać głośne mlaskanie. I jedynie robaki...wbrew oczekiwaniom były naprawdę bez smaku.

środa, 14 stycznia 2015

Wschód- tam musi być jakaś cywilizacja:-)

I rzeczywiście jest...i to nie jedna. Tu wielki Budda wita się zza witryny "sklepiku z dewocjonaliami" z turystami, a w innym miejscu liczny tłumek oblega stragan z darami dla taoistycznych bożków (jaja, bekon, kwiaty i przedziwne papierowe czapki). Jeszcze dalej ze świątyni wygląda przerażająca twarz jakiegoś hinduistycznego demona. Czasem znów  trudno stwierdzić, jaki jest charakter świątyni, jakiej narodowości są ludzie, którzy tu przychodzą, jakiemu bóstwu oddaje się tu cześć.  I co najlepsze wydaje się, że dla miejscowych nie stanowi to większej różnicy. Style, bogowie i wierni mieszają się  w świątyniach jak potrawy w garnkach muzułmanek gotujących w chińskiej dzielnicy...tajskie potrawy.

W tym wszystkim można się pogubić, zamotać, ale i zostać przypadkową- dość tłustą- ofiarą palenia darów w chińskiej świątyni Tao. Wobec wielkiego zamieszania, które panuje podczas tego procesu, płonących kadzidełek, spalonych klęczników i wielkiego ognia do którego wierni wrzucają swoje prośby, aż strach podchodzić zbyt blisko.

wtorek, 13 stycznia 2015

Dlaczego będziemy tęskić za Danią?

Siedzę sobie w hoteliku w Bankoku, jest 00:30 i chciałabym napisać o swoich wrażeniach z dalekiego kraju, ale.. nie pożegnałam się jeszcze z Danią. Wybaczcie więc, że pierwszy mój azjatycki wpis będzie dotyczył tego pozornie zimnego kraju.

Dania miała być jedynie środkiem do celu, ten etap mieliśmy "odpękać" aby zebrać pieniądze. Początkowo wstydziliśmy się  nawet mówić, jak pracujemy, na końcu zaś...  z trudem opuściliśmy miejsce w którym zaznaliśmy tyle życzliwości i poznaliśmy ludzi, którzy stali się nam bliscy.

Spośród tych kilku miejsc na świecie, które odwiedIliśmy Dania, a właściwie Jutlandia, jest jedynym które mieliśmy okazję zobaczyć "od środka". I trzeba przyznać, że całkiem nam się ten środek spodobał.

O pracy w Danii można usłyszeć rożne opinie. My trafiliśmy wyjątkowo. Nas szef - Tommy to zwyczajny, a jednocześnie niezwykły facet. To człowiek, który szanuje i lubi ludzi, który w momentach nawału pracy staje przy taśmie, by następnego dnia wylecieć do Chin na jeden dzień w interesach. Jest niesamowicie uczciwy, pomocny i dobrze wie jak wykorzystać potencjał swoich pracowników, a do tego ma świetne poczucie humoru. Ufff...całe szczęście, że nie może tego przeczytać...wyszłabym na lizusa:-)

Większość poznanych przez nas Duńczyków to ludzie raczej skryci, choć bardzo uprzejmi. Oczywiście znajdą się tu i wyjątki takie jak wiecznie śpiewająca okrutnie fałszywym głosem Erna i nasz najlepszy kumpel Lars, który swoimi żartami sprawiał, że nawet czternasta godzina pracy przestawała być straszna.

Duńczycy są patriotami, kochają swój język, do którego pasją starają się zarazić imigrantów, swoją flagę, którą wystawiają przed domem w dniu swoich urodzin i przyklejają na opakowaniach wszystkiego co zostało wyprodukowane w Danii, kochają też rodzinę królewską.            Z dumą mówią " Jestem Duńczykiem, pochodzę od Wikingów" i nie są to puste słowa. Co dla nas Polaków może być zaskakujące, Duńczycy wolą np. zapłacić dużo więcej za ziemniaki, produkty chemiczne czy umywalkę jeśli została ona wyprodukowana w Danii. I nie jest to jedynie kwestia patriotyzmu gospodarczego, oni rzeczywiście uważają, że to co sami wyprodukowali JEST lepsze.

Dania jest pełna dzieci i to ich potrzeby liczą się tu najbardziej. W toaletach ( zarówno męskich jak i damskich) w galeriach handlowych znajdziesz tu mikrofalówkę, aby podgrzać dziecku mleko podczas zakupów, a idąc z maluchem na basen nie musisz martwić się o kółka, pływaczki, czy zabawki do wody. Będąc na polskiej mszy w Viborgu naliczyliśmy się około 25 dzieciaków przypadających na około 35 osób dorosłych. System zachęcania do posiadania potomstwa widocznie działa:-)

Dania dała nam też okazję do podszkolenia angielskiego i nauki duńskiego, co szczególnie mnie bardzo wkręciło. W szkole językowej poznaliśmy ludzi z różnych stron świata: Peru, USA, Bangladesz, Iran, Filipiny etc.  Spotykaliśmy ludzi zupełnie różnych, nasze wizje świata wielokrotnie były nie do pogodzenia. I może dlatego tak przyjemnie było siedzieć przy jednym stole,  zajadać duńskie æbleakivery i pić gloga na spotkaniu wigilijnym w szkole.

Języka mimowolnie uczyliśmy się też w kościele, który również ma międzynarodowy charakter, choć większą jego część stanowią Wietnamczycy (z troszkę roztrzepanym proboszczem na czele).           W kościele spotykaliśmy też wielu Polaków, z którymi rozmawialiśmy o pracy za granicą, planach i tęsknotach. Prawie wszyscy tęsknią za Polską, chcą wracać, ale kiedy? Na to pytanie -niestety- nie znają odpowiedzi.

Kiedy wyjeżdżaliśmy z Danii kilka osób płakało, a i mi zakręciła się łezka w oku. Przez cała drogę do domu rozmawialiśmy o tym co nas tu spotkało i czego nie chcemy zapomnieć, wciąż czując ciepło, które bije dla nas od tego- podobno zimnego- kraju:-) 

Vores vene- tak for alt:-)

czwartek, 18 grudnia 2014

Pogoń za jeleniem- Aarhus

Goście jadą, goście.... Ku naszej uciesze po wielu namowach zawitali do nas  Ewelina i Paweł - potocznie zwani Robakami:-) Początkowo chcieliśmy pokazać im wszystko ( może oprócz miejsca pracy:-), ostatecznie jednak odwiedziliśmy jedynie Århus, w którym najbardziej kusił nas park oswojonych jeleni, które można głaskać, karmić i pstrykać sobie z nimi selfie.

To studenckie miasto jest położone nad morzem, woda płynie też kanałami przez starówkę. Centrum Århus jest jak gdyby dwupoziomowe- urocze uliczki ciągną się nad kanałem i wzdłuż niego. Sympatyczngo klimatu dodają mini fontanny, które można tu znaleźć na każdym kroku- kobieta trzymająca w rękach kurę, hipopotam pijący wodę z rzeki etc.

Kiedy dotarliśmy do Dyre Parku przetrzepaliśmy torby i kieszenie w poszukiwaniu smakołyków dla jelonków: kawałki jabłek, znalezione po drodze marchewki... Cóż, kiedy te rozpieszczone zwierzaki miały dość nachalnych mieszczuchów z marchewkami w rękach i przechodziły obok z obojętnością, w najlepszym przypadku obdarzając nas pogardliwym spojrzeniem lub kuksańcem "z roga":-)

Małe, wielki Ribe

Ribe to najstarsze duńskie miasteczko, jednak o zupełnie innym charakterze niż równie wiekowe miasta w Polsce.  Wszystko tu wydaje się być wręcz miniaturowe, oprócz ogromnej katedry położonej w sercu Ribe. Otaczają ją bardzo stare, niektóre nawet XVI wieczne domy, lub maleńkie kamieniczki. A do tego stary młyn, mosty i zatoczki. I Podobno wieczorami spod katedry wychodzą tu nocni stróże, którzy swoim śpiewem usypiają mieszkańców, pilnując jednocześnie aby noc była spokojna:-)

piątek, 5 grudnia 2014

W głąb Londø:-)

Lundø to takie miejsce, w którym każdy kogoś spotyka. Woda spotyka wodę, niby tę samą a zdążającą w przeciwnym kierunku; fiord wita się z wiatrakami, a ławeczka na wysokich nogach przypatruje się zachodzącemu słońcu.

Podczas pierwszego spotkania z Lundø odwiedziliśmy maleńki kościółek położony w centrum wioski, przeszliśmy się na molo, a z wysuniętego w głąb fiordu kawałka lądu (Lundø:-) przyglądaliśmy się klifom położonym po drugiej stronie fiordu. I znów spotykaliśmy...siebie:-)

Na drugą wizytę zabraliśmy ze sobą Valerię, z którą zajadaliśmy dziką różę i urządzaliśmy sobie polowanie na podłużne muszelki, w kształcie pudełek na cygara lub biżuterię.  Kogo/ co spotkała?